Jakub Bartoszewski – Cranleigh

Cranleigh jest naprawdę fajną szkołą. Przejawia się to w różnych formach ale elementem najbardziej odczuwalnym i kontrastującym z polską szkołą jest zdecydowanie stołówka 😉 dania są naprawdę wyśmienite i bardzo zróżnicowane – dominuje kuchnia orientalna a raz w tygodniu mamy tzw. noc burgerów. Sałatki i deserki (ciasta, jogurty, babeczki) są w formie bufetu szwedzkiego – ciężko być niezadowolonym z jedzenia w tej szkole i pod tym względem, wyjazd był strzałem w dziesiątkę 😉 Oczywiście nie tylko pod tym!

W ichniejszym liceum (6th Form) każdy uczy się do 4 przedmiotów (czasem szkoła godzi się na 5) które sam sobie wybierze. W moim przypadku jest to chemia, biologia, matematyka i geologia. Nie mamy przedmiotów obowiązkowych typu angielski czy matematyka przez co jest tu oczywiście wiele agentów którzy biorą sobie zestaw typu sztuka + design + physical education (teoria WFu) i praktycznie nie mają nic do roboty. Ten system ma swoje wady ale jeśli o mnie chodzi to jestem bardzo zadowolony, bo robię tylko to co mnie naprawdę interesuje i naprawdę czuję, że się rozwijam.

Poza tym, poziom nauczycieli jest naprawdę bardzo wysoki a przede wszystkim są strasznie pomocni i wręcz proszą nas abyśmy zostali po lekcjach jeśli czegoś nie rozumiemy – skutkiem tego jest, że nikt nie ma tutaj korepetycji ponieważ zapewnia to szkoła. Ciekawostką jest, że prawie każdy nauczyciel jest także trenerem jakiegoś sportu i wychowawcą w jednym z 6 domów.

Bardzo podobają mi się lekcje chemii i biologii – robimy dużo doświadczeń, które w polskiej szkole przeprowadzałem przede wszystkim w zeszycie. Laboratoria są bardzo, bardzo dobrze wyposażone, każdy ma swoje własne stanowisko i własne odczynniki. Łącznie w laboratorium spędzamy 5 lekcji tygodniowo. Jeśli ktoś by pytał – geologia jest naprawdę fajnym przedmiotem a skały potrafią być czadowe,  zwłaszcza jeśli nauczyciel prowadzący jest ich zapalonym maniakiem i ma cały gabinet wypełniony nimi – na każdej lekcji oglądamy i rozpoznajemy okazy z jego kolekcji, które jest naprawdę spora. Przykrą wiadomością będzie na pewno, że lekcje odbywają się także w soboty ale idzie się do tego szybko przyzwyczaić. Ogólnie rzecz biorąc, poziom i system nauczania w szkole jest kolejną rzeczą (zaraz po stołówce), dla której naprawdę podoba mi się w Cranleigh. Miłą rzeczą jest, że plan dnia jest tak zorganizowany, że nareszcie jestem w stanie zrobić całą pracę domową przed 12 w nocy – w końcu się porządnie wysypiam! 😉

Na bardzo wysokim poziomie stoi edukacja muzyczna z czego rzecz jasna korzystam jak mogę – śpiewam w chórze kaplicznym oraz kameralnym i biorę lekcje gry na organach od szkolnego organisty p. Scrivena. Zgodził się on na przyznanie mi dodatkowej lekcji w tygodniu oraz dał mi kod do szkolnej kaplicy (swoją drogą, dość sporej i bardzo ładnej) przez co mam praktycznie nieograniczony dostęp do organów – czuję się trochę jakbym miał je w domu, bo mój pokój w internacie jest tuż przy kaplicy. Grałem też już na szkolnym nabożeństwie co było nieco stresującym ale jednak udanym i ciekawym przeżyciem.

Fajną rzeczą jest WF, którego de facto nie ma – zamiast tego, każdy trenuje jeden sport który sobie wybierze (lista jest naprawdę długa i z bardziej egzotycznych rzeczy wymienić by można golf, szermierkę i strzelectwo). Ja w obawie przed przytyciem przez tak wyśmienitą stołówkę wybrałem squasha i jak na razie jestem w formie.

Warunki życia w internacie są bardzo dobre – 6th form (liceum) ma jednoosobowe pokoje, kuchnię z regularną dostawą jedzenia i pokój wspólny z komputerami, telewizorami, bilardem i piłkarzykami. Poza tym, mamy domy jak w Hogwarcie, których jest 6 (2 żeńskie i 4 męskie). Każdy dom ma własny herb, barwy i tradycje – ja jestem w East House, który jest najstarszym z domów. Za różne osiągnięcia można dostać rzeczy związane z domem, w którym jesteśmy – ja za grę w kaplicy dostałem skarpetki do rugby w barwach domu! 😉

Rówieśnicy są bardzo sympatyczni i strasznie w porządku – obcokrajowców jest raczej mało, dominują rdzenni Angole co mi bardzo odpowiada bo mam okazję nauczyć się angielskiego w najbardziej poprawnej formie. O Polsce koledzy wiedzą raczej mało przede wszystkim jednak kojarzą ją Lewandowskim, którego wszyscy tu uwielbiają!

Sama szkoła jest położona na wsi, aczkolwiek jest to “największa wieś Anglii” dlatego jest tu bardzo przyjemny mix cywilizacji (są supermarkety) i zieleni, której jest tu naprawdę dużo. Tęsknię nieco za domem ale mimo wszystko, wyjazd do Cranleigh był jedną z lepszych rzeczy, które mogły mi się przydarzyć. Każdego kto tylko ma szanse zachęcam do brania udziału w następnej kwalifikacji stypendialnej BAS, bo naprawdę warto!